dni_Zlotoryja
Loading...
Jesteś tutaj:  Home  >  wiadomości  >  Current Article

Człowiek, który ocalił “Pana Tadeusza” przed Rosjanami

Przez   /   07/10/2019  /   No Comments

W czerwcu 1945 roku na dziedzińcu szkoły w Zagrodnie rosyjscy żołnierze piekli trofiejne kurczaki. Do ogromnego ogniska dorzucali meble i książki ze splądrowanych budynków. Jeśli wierzyć relacji szesnastoletniego wówczas Bernarda Maneckiego, niewiele brakowało, aby płomienie połknęły też spisany ręką Adama Mickiewicza autograf „Pana Tadeusza”, a wiatr rozniósł popiół po polach i utopił w Skorze.

 

Bernard Manecki zmarł w 2010 roku. Był jednym z pierwszych osadników w Zagrodnie, ale w odróżnieniu od większości nie przyjechał „zza Buga”. Jego rodzina pochodziła z Górnego Śląska.

Przed wybuchem wojny ojciec Bernarda pracował jako zarządca w niemieckich gospodarstwach, a w końcu za spadek po pradziadzie kupił sobie własne, w Osieku koło Oławy. Gdy w 1937 roku Hitler ich wywłaszczył z majątku, Maneccy przenieśli się do Wrocławia.

Tam aż do 1944 roku Bernard chodził do szkoły. Dwaj jego starsi bracia poszli do niemieckiej armii i zginęli gdzieś pod Stalingradem. Z trojga rodzeństwa on jeden ocalał. Obawiając się wcielenia do Wehrmachtu, po skończeniu 16. roku życia ukrywał się przed Niemcami. Gdy Rosjanie przekroczyli Odrę, Maneccy tułali się po Śląsku, uciekając już przed jednym i drugim wojskiem. Myśleli, by wrócić do Osieka, odzyskać gospodarstwo, obsiać pole, posadzić kwoki na jajkach… Diabeł im plątał ścieżki, bo wojna, nawet dogorywająca, to wciąż wojna. Gubili się i odnajdywali nawzajem, czasem ocierając się o śmierć, aż pod koniec maja 1945 roku los doprowadził ich do Zagrodna. Wieś nazywała się jeszcze z niemiecka Adelsdorf. Ledwie wjechali między opłotki, zatrzymał ich uzbrojony milicyjny patrol z biało-czerwonymi opaskami na rękach.

– Mieliśmy ze sobą skrzynkę z cygarami – opowiadał mi w 2007 roku pan Bernard. – Ojciec kruszył je sobie do fajki, bo nie było co palić. Milicjanci zaproponowali handel: konia za nasze cygara. Służył nam potem ten siwek trzy lata w Zagrodnie.

 

Ogień z książek

We wsi przed Maneckimi były tylko dwie polskie rodziny: Gorczycowie i Szelepajłowie. Pełnomocnik rządu, który akurat przyjechał do Zagrodna, przekonał ojca Bernarda, by zamiast wracać do Osieka zaopiekował się porzuconymi przez Niemców stadami krów. Na dodatek trzeba było pilnie jechać furmankami po repatriantów z Kresów, których kolej odczepiła z wagonami na stacji w Chojnowie. To w tym transporcie przyjechał spod Buczacza pierwszy wójt Zagrodna Jan Krowicki z rodziną. Bernardowi od razu wpadła w oko jego córka, Janina. Pokochali się a z czasem wzięli ślub i razem dożyli starości.

W maju 1945 roku pustych, zostawionych przez Niemców domów w Zagrodnie nie brakowało. Wszystkie murowane, porządne, z wielkimi kamiennymi stodołami, świadczącymi, że ziemia jest urodzajna – kto wie, czy nie lepsza niż w Osieku. Maneccy zajęli gospodarstwo w centrum wsi. Dwieście metrów dalej wzdłuż rzeki znajduje się szkoła i przyklejony do niej budynek niemieckiego domu nauczyciela. Pan Bernard opowiadał mi, jak zakradł się tu w połowie czerwca 1945 roku. Na dziedzińcu płonęło ogromne ognisko. Rosyjscy żołnierze z okien dorzucali do ognia meble, książki. Wszystko co znaleźli i co nadawało do spalenia lądowało na podwórzu, a potem na stosie. Płomienie buchały wysoko.

 

Kreski i ogonki

 

-Można było w tym ogniu konia usmażyć – zapamiętał Bernard Manecki.

Był z niego sprytny i odważny chłopak. Unikając Rosjan, wślizgnął się do środka domu nauczyciela. Talerze ze spleśniałą, niedojedzoną zupą jeszcze stały na stołach. Porozrzucane sprzęty walały się pod nogami. Wpadające oknami światło furgotało w rytm płomieni.

Miał tytoń, mocno chciało mu się palić, ale brakowało bibuły. Chodził po otwartych na oścież pokojach, szukając papieru, z którego dałoby się skręcić papierosy. Po schodach wdrapał się na pierwsze piętro, gdzie aż do końca wojny mieszkała żona Hauptamanna, dowodzącego żołnierzami na froncie wschodnim. Została po niej biblioteczka.

Bernard przeglądał książkę po książce, macając która najlepiej nadawałaby się na skręty, aż dostrzegł leżący osobno na szafce gruby plik osobnych kartek formatu A4. Przewiązane sznurem, pożółkłe stronice były zapisane odręcznym pismem. Zaintrygowany Bernard wsunął je pod pachę i zabrał do domu. Nie miał pojęcia, co niesie. Nie umiał czytać po polsku, a to był ewidentnie polski tekst, pełen tych charakterystycznych kresek i ogonków przy literach.

– Tato pierwszy poznał, że przyniosłem rękopis „Pana Tadeusza” – opowiadał mi Bernard Manecki. – Popatrzył. „Nie, synku, to się nie nadaje na papierosy. To coś bardzo ważnego”.

 

Bez zaświadczenia

 

„Panno Święta, co jasnej bronisz Częstochowy/ I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy/

Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem…” Spisane ręką wieszcza słowa odczytane po straszliwej wojnie we wsi, która dopiero co była Adelsdorfem, musiały robić wrażenie.

Bernard Manecki z ojcem zanieśli znalezisko ze szkoły do wójta, a nazajutrz Jan Krowicki

zawiózł rękopis do powiatu w Złotoryi. Czasy były takie, że nikt specjalnie nie dbał ani o książki, ani o pokwitowania. Bernard Manecki aż do śmierci nie mógł się więc nikomu przedstawić zaświadczenia, że to on w połowie czerwca 1945 roku znalazł i ocalił autograf „Pana Tadeusza”. Jako szesnastolatek po niemieckiej szkole pewnie nawet sobie nie zdawał sprawy, jaki skarb przyniósł do domu.

– Dopiero po pewnym czasie dowiedziałem się, że rękopis istnieje, dotarł do wrocławskiego Ossolineum– wspominał w 2007 roku pan Bernard. Dusił w sobie żal, że zupełnie o nim zapomniano.

 

Wersja oficjalna

 

Opowiadając na swoich stronach dzieje autografu „Pana Tadeusza”, Zakład Narodowy im. Ossolińskich wspomina, że odnaleziono go po wojnie w Zagrodnie. Ale nie podaje szczegółów. Częściej niż Bernardowi Maneckiemu, ocalenie mickiewiczowskiego manuskryptu przypisuje się komisji bibliotekarzy z Warszawy i Krakowa, którzy przyjechali do Zagrodna lipcu i sierpniu 1945 roku, na wieść, że osadnicy znoszą do władz gromadzkich polskie książki. W folwarku należącym do hrabiny Dory von Pfeil bibliotekarze odkryli tysiące starodruków – porzucone w pośpiechu przez Niemców skrzynie ze zbiorami lwowskiego Ossolineum, krakowskiej Biblioteki Jagielońskiej, Biblioteki Miasta Stołecznego Warszawy i Warszawskiego Towarzystwa Muzycznego.

Wersję Bernarda Maneckiego uprawdopodobnia pewien drobiazg. Po komisji bibliotekarzy zostały artykuły prasowe, ekstatyczne listy i wspomnienia. Dość często padają w nich tytuły dzieł, które odnaleźli w Zagrodnie. Gdyby przez ich ręce przeszedł autograf „Pana Tadeusza”, to pewnie ktoś by o tym napisał choć słowo. A nikt tego nie zrobił.

Może więc naprawdę w skrzyniach, które odtransportowano z Zagrodna do Ossolineum, nie było już poematu Adama Mickiewicza, bo dwa miesiące wcześniej rękopis znalazł 16-letni wisus, któremu zachciało się skręcić papierosa.

 

Piotr Kanikowski

FOT. PIOTR KANIKOWSKI

 

    Drukuj       Email

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.


* Wymagany

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

You might also like...

audi-g3b13790b2_1920

Legniczanie chcą 30 km/h na zbiorczej drodze południowej

Read More →