poszukiwacze UM
Loading...
Jesteś tutaj:  Home  >  styl życia  >  Current Article

Grodziec, komuniści i legendarny skarb nazistów

Przez   /   17/11/2020  /   No Comments

Na początku lat osiemdziesiątych oficerowie wojskowego i cywilnego kontrwywiadu szukali w Grodźcu poniemieckiego skarbu. Chodziło o 7 ton złota, wywiezionego z Wrocławia pod koniec II wojny i ukrytego gdzieś na Dolnym Śląsku. Z akt Instytutu Pamięci Narodowej wynika, że grupę operacyjną „Karkonosze”, której zlecono poszukiwania, powołali 11 czerwca 1981 roku generałowie Wojciech Barański, szef Głównego Zarządu Szkolenia Bojowego Wojska Polskiego, oraz Czesław Kiszczak, będący wówczas szefem Wojskowej Służby Wewnętrznej.

Ich wyobraźnię rozpaliły opowieści Stanisława Siorka, majora wrocławskiego Wydziału II Służby Bezpieczeństwa. Siorek przytaczał generałom relacje Herberta Klose, który jako hauptmann niemieckiej policji brał udział w wywożeniu złota z Festung Breslau. Po wojnie nie uciekł za Odrę, jak wielu sudeckich Niemców i jakimś cudem uniknął przymusowego wysiedlenia. Ściągnął mundur, ożenił się, z fałszywymi papierami – udając wiejskiego weterynarza – ukrywał się w Sędziszowej koło Złotoryi. Tam osiem lat po wojnie odnalazła go esbecja i wzięła w swe tryby. Chcąc wywinąć się z ich rąk, uniknąć kary za przynależność do SS i służbę dla nazistów, Herbert Klose powiedział im o skarbie tak ogromnym, że trudno go sobie nawet wyobrazić. Wymienił kilkanaście miejsc, które w 1944 roku wytypowano do ukrycia 7 ton wrocławskiego złota. Jedno z nich to zamek Grodziec.

Festung Breslau

Był koniec 1944 roku albo może już początek 1945 roku – relacje są rozbieżne. Na pewno od kilku tygodni Breslau szykował się do oblężenia. Miasto pogrążało się w apokaliptycznej atmosferze. W ścianach kamienic wykuwano otwory strzelnicze. Obrazy, meble, zasłony i firany płonęły po podwórkach – roztropnie pozwalano ogniowi zawczasu zjeść wszystko, co mogło stać się zarzewiem niekontrolowanego pożaru. Ulicami pędzono bydło do rzeźni. Wiatr strzępił porozwieszane na murach apele do ludności, by składała w bankowych depozytach wszystkie rodzinne kosztowności. Pieniądze, biżuteria, złoto, papiery wartościowe miały zostać ukryte i po wojnie zwrócone właścicielom.
Część mieszkańców Breslau zakopała swe skarby w ogródkach, ale wielu ufnie oddało je w opiekę państwu, zachowując w zamian stosowne poświadczenie, na podstawie którego w spokojniejszych czasach planowali wszystko odzyskać.

23 skrzynie ze złotem

Na krótko przed sowieckim natarciem kosztowności złożone przez wrocławian oraz papiery wartościowe i złoto z banków zapakowano w 23 skrzynie i złożono pod strażą w gmachu prezydium policji. W ścisłej tajemnicy Niemcy spenetrowali niezajętą przez Rosjan część Śląska i sporządzili listę miejsc, w których skarb mógłby bezpiecznie czekać na ostateczny tryumf III Rzeszy. Misję wyszukiwania skrytek i ukrycia wrocławskiego depozytu powierzono czterem zaufanym oficerom, w tym standartenführerowi SS Egonowi Ollenhauerowi oraz hauptmannowi Herbertowi Klosemu.
Niemcy planowali wywieźć skrzynie samolotem, ale tuż po starcie maszyna została ostrzelana i pilot musiał zawrócić na lotnisko. Część ładunku została na pokładzie, resztę przewieziono z powrotem do piwnic prezydium policji we Wrocławiu. Pilnowane przez strażników przeleżały tu przez noc, a wczesnym rankiem załadowano je znów na ciężarówki i konwój ze złotem wyruszył w kierunku Jeleniej Góry.

Droga na Złotoryję

Mokry śnieg lepił się do kół wojskowych ciężarówek, które wyjechały z Festung Breslau i autostradą dojechały w okolice Złotoryi. Pod plandekami leżały drewniane i metalowe skrzynie ze złotem. Na tylnym siedzeniu osobowego auta otwierającego kolumnę dopalał papierosa ubrany w mundur oficera Staatspolizei Herbert Klose. Przez okno, w którym opuścił szybę, patrzył na wysuwające się z kolejnych załomów wzgórza. Mrużył oczy od skrzącego się w słońcu śniegu. Znał dobrze ten krajobraz, udzielał mu się jego majestat i spokój. Myślał, że lepsze to niż wyczekujące Ruskich, cuchnące dymem i strachem Breslau. Przyjemność z wycieczki za mury twierdzy psuł mu ten przerażający człowiek, który, rozpiąwszy poły płaszcza, spał jak dziecko na fotelu obok kierowcy – Egon „Wolf” Ollenhauer.
Niewiele o nim wiedział. Herbert Klose nie był nawet pewien, czy „Wolf” rzeczywiście jest standartenführerem SS, jak mu się przedstawił. Widywał go po cywilnemu, w mundurze majora lub pułkownika, raz z piechoty, raz z artylerii. Ollenhauer pojawił się w Breslau nagle, oddelegowany skądś do kierowania grupą odpowiedzialną z wywiezienie złota i pozbycie się nadmiaru świadków. Miał nieruchome, widzące w ciemności oczy drapieżnika.

Klose, Siorek, Kiszczak

Herbert Klose zeznał przesłuchującym go esbekom, że tego dnia konwój z ładunkiem 23 skrzyń z Festung Breslau przeciął Złotoryję i wyjechał z miasta drogą na Jelenią Górę. W jego relacji wojskowe ciężarówki dotarły aż do Karpacza. Tam skrzynie przeładowano na sanie. Konie pociągnęły je drogą wiodącą po zboczu Śnieżki w kierunku schroniska Samotnia nad Małym Stawem. Klose przekonywał esbeków, że nic więcej nie wie, bo nim dojechali do wybranej przez Ollenhauera kryjówki, spadł z konia i na dłuższy czas stracił przytomność.
W latach pięćdziesiątych bezpieka potraktowała opowieść hauptmanna nieufnie, podejrzewając, że stary lis – swego czasu jeden z najbardziej zaufanych ludzi we wrocławskiej policji – próbuje zwodzić i mylić tropy. Skarbu pod Śnieżką nie odnaleziono. Major Stanisław Siorek pomimo tego fiaska nie potrafił zapomnieć o nazistowskim złocie. W końcu udało mu się dotrzeć do generała Czesława Kiszczaka, który potraktował sprawę poważnie. Uznał, że w sytuacji ekonomicznego kryzysu odnalezienie takiego bogactwa byłoby spektakularnym sukcesem władz Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.

Pusta Wielisławka

Kiszczak z Barańskim uwierzyli, że milicja i wojsko wsparte przez naukowców – archeologów, geologów, radiestetów, historyków – poradzi sobie z wojenną zagadką. Badacze, którzy po latach weryfikowali opowieść Herberta Klose o wrocławskim złocie, potwierdzili, że konwój z tajemniczym ładunkiem rzeczywiście opuścił Wrocław i dotarł ok. 10 kilometrów za Złotoryję. Znaleźli się naoczni świadkowie, którzy w tym czasie widzieli kolumnę ciężarowych samochodów w rejonie Nowego Kościoła. Tu jednak wszelki ślad po transporcie się urywał.
Dlatego później, w latach dziewięćdziesiątych, wielu eksploratorów za najbardziej prawdopodobne miejsce ukrycia skarbu uznało górę Wielisławka, u podnóża której znajduje się gospodarstwo rolne „weterynarza” Herberta Klose. W byłym hauptmannie widziano jednego z agentów Werwolfu, którzy mieli strzec pozostawionych w Sudetach kosztowności. Gdy upowszechniły się wykrywacze metalu, Wielisławkę prześwietlono nimi na wylot, przekopano wzdłuż i wszerz. Złota w Sędziszowej nie odnaleziono.

Srebro na pocieszenie

Grupa „Karkonosze”, powołana w 1981 roku na rozkaz Barańskiego i Kiszczaka, wspomagając się ekspertami, wytypowała najpierw sześć, potem jedenaście lokalizacji do sprawdzenia. Na listę został wciągnięty położony na szczycie wulkanicznego wzniesienia zamek Grodziec, który do końca wojny należał do Herberta von Dirksena – byłego ambasadora faszystowskiej III Rzeszy w Moskwie, Tokio i Londynie. Wiadomo, że 16 listopada 1944 – dzień po otrzymaniu rozkazu znalezienia bezpiecznej kryjówki dla złota Breslau – Ollenhauer i Klose odwiedzili to miejsce oraz jego gospodarza. Poszukiwania, które ludzie Kiszczaka i Barańskiego przez kilka lat prowadzili na Dolnym Śląsku, zakończyły się połowicznym sukcesem. W Lubiążu grupa „Karkonosze” odkryła garnek z 1 354 srebrnymi monetami, głównie z przełomu XVII i XVIII wieku, ale chyba inicjując akcję generałowie liczyli na coś więcej. Legendarnego złota Wrocławia nie odnaleziono.

Lista Grundmanna

Grodziec budzi zainteresowanie tropicieli skarbów, bo figuruje też na tzw. liście Grundmanna. Dr Günther Grundmann to dolnośląski konserwator zabytków, któremu władze III Rzeszy zleciły zabezpieczenie przed wrogiem najcenniejszych dzieł sztuki i zbiorów bibliotecznych. Tuż po wojnie w zrujnowanym Wrocławiu odnaleziono jego zapiski z zaszyfrowaną listą 80 skrytek na niemieckie skarby. Po złamaniu kodu, we wskazane miejsca udała się komisja rewindykacyjna pod kierownictwem Witolda Kieszkowskiego, który w późniejszym raporcie zanotował: „ani jedna ze znanych mi składnic nie zachowała się w stanie nietkniętym. Wszystkie w mniejszym lub większym stopniu uległy plądrowaniu, zapewne jeszcze w czasie działań wojennych”.

Popiół w zamku

Grundmann o złocie Wrocławia nie wspomina, bo jego zapiski powstały zanim urodził się plan wywiezienia bankowych depozytów z twierdzy. Inna też była misja konserwatora zabytków. Według listy Grundmanna w Grodźcu miał zostać zmagazynowany księgozbiór berlińskiej Preusesische Staatsbibliothek. Komisja złożona z warszawskich i krakowskich biblotekarzy, która latem 1945 roku zabezpieczała odnalezione w Zagrodnie zbiory Ossolineum, zajrzała również na zamek, ale żadnych książek tu nie odnalazła. Zwróciła za to uwagę na półmetrową warstwę popiołu, bialutkiego i bardziej miałkiego od najdrobniejszego pudru, który zalegał w największej z sal. „W wiosce u stóp zamczyska sekretarka ostatniego właściciela informuje, że 28 lutego 1945 Niemcy podpalili księgozbiór i znajdujące się również na zamku muzeum broni. Pożar trwał do 3 marca ” – twierdzi jedna z bibliotekarek, Irena Barowa, w Dzienniku Polskim. Na podstawie katalogów, które w 1945 roku oglądała w posiadłości Herberta von Dirksena, szacuje, że spłonęło sto tysięcy woluminów: niemieckich, angielskich, francuskich i polskich.

Piotr Kanikowski

FOT. PIXABAY.COM

    Drukuj       Email

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.


* Wymagany

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

You might also like...

128051273_820514062126316_5211560439890785084_n,klOWfqWibGpC785HlXs

Św. Mikołaj, pani Mikołajowa i bałwan Olaf w Legnicy

Read More →