Na wyspach Bergamutach, podobno jest kot w butach. W Legnicy kota w butach dotąd nie widziano, zdarzają się za to nie mniej dziwne historie.
Oto Komenda Miejska Policji w Legnicy postawiła przed sądem organizatora zgromadzenia, którego nie było. A Prokuratura Okręgowa w Legnicy prowadzi śledztwo w sprawie sutenera prostytutki, która nie miała sutenera.
Oba kwiatki wykiełkowały na podłożu politycznego konfliktu pomiędzy siłami „dobrej zmiany” i postplatformianej opozycji. Wzrosły jako wypadkowa oczekiwań PIS-owskiej władzy, miczurinowskich ambicji lokalnego aparatu ścigania i kompletnego zatarcia granic pomiędzy powagą a śmiesznością. Podejrzewam, że długo będą rozsiewać dookoła swą woń, określaną już przez niektórych jako opary absurdu. Idę o zakład, że wbrew intencjom legnickich śledczych, ani jedna, ani druga sprawa nie przysłuży się dobrze wizerunkowi PiS-u. O autorytecie instytucji państwa nie wspomniając.
Komu jak komu, ale Jackowi Głombowi takie cuda mogły już spowszednieć, bo to jego Sąd Rejonowy w Legnicy próbował w ubiegłym roku ukarać za nieuprzątnięcie plakatu wyborczego, który ktoś uprzątnął (przy czym jedynym dowodem, że plakat w ogóle istniał, była notatka służbowa sporządzona przez miejskiego strażnika, który go widział).
Tego rodzaju sytuacje kojarzą mi się z czasami PRL-u, gdy władza miała władzę i nie wahała się jej użyć, nawet jeśli przez takie działania popadała w śmieszność. Fantastycznie pokazują to filmy Stanisława Barei, z tymi wszystkimi partyjnymi kacykami, obdarzonymi chwilowym majestatem kierownikami szatni („Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi?”) i sprzątaczkami z jadłodajni („No i co tak grzebie? Jeszcze talerz przekręci! Do widzenia!”). Jako skromny legnicki felietonista – żadna czwarta władza – chciałem przypomnieć policji i prokuraturze, że obiecano nam dobrą zmianę. Bergamuty albo PRL bis to chyba nie ten kierunek.
Piotr Kanikowski