basen jawor
Loading...
Jesteś tutaj:  Home  >  wiadomości  >  Current Article

Prochy, rap i pakt z diabłem. Sąd nad mordercą z Legnicy

Przez   /   14/03/2019  /   No Comments

Prokurator Artur Socha zażądał dziś w legnickim Sądzie Okręgowym kary dożywocia dla 30-letniego Marcina M. 18 listopada 2017 roku na ul. Chojnowskiej w Legnicy Marcin M. bez powodu zakatował na śmierć przypadkowego przechodnia, który wyszedł rano po pieczywo na śniadanie. W niepojętej furii zadał mu kilkadziesiąt ciosów w głowę masakrując kości czaszki.

Sąd wysłuchał mów końcowych obrony i oskarżenia. 20 marca ogłosi wyrok. Marcin M. z pochyloną nisko głową ocierał łzy, gdy prokurator Artur Socha z Prokuratury Okręgowej w Legnicy długo i szczegółowo opisywał potworną zbrodnię sprzed roku. Szlochał również wtedy, gdy sąd udzielił mu głosu.

- Chciałbym przeprosić rodzinę pokrzywdzonego  – mówił drżącym głosem, przejęty Marcin M. – Bardzo żałuję tego, co się stało. Nie jestem w stanie cofnąć czasu, wrócić życia mojej ofierze. Gdybym w wieku 14 lat wiedział, że narkotyki doprowadzą mnie do tego miejsca, nigdy bym po nie nie sięgnął. Staję tu jako osoba, która dopuściła się strasznej zbrodni. Wiem, że zabrzmi to niedorzecznie. Ale patrząc na to, z jakim problemem się mierzę, i z jakim problemem będę się mierzył już przez całe życie, proszę, by Wysoki Sąd dał mi nadzieję, że kiedyś wrócę do swoich dzieci.

Prokuratura, a za nią sąd, nie miały problemu z odtworzeniem ciągu zdarzeń. Marcin M. nie wypierał się winy. Dowodów i świadków jego zbrodni było wiele. 17 listopada spotkał się ze znajomymi w Legnicy Odwiedzili razem kilka lokali, Pito wódkę. Marcin zażył też kokainę. 18 listopada przed godziną 5 rano pałętał się po targowisku miejskim. Był agresywny, rozbijał skrzynki, a kiedy jedna z pracownic postraszyła go, że wzywa policję, uciekł. Policjanci przyjechali szybko. Gdy go nie zastali na targowisku, zaczęli rozglądać się po okolicy. Marcin M. w tym czasie dotarł na ul. Chojnowską, gdzie zabił przypadkowo spotkanego mężczyznę.

- Człowiek wyszedł po pieczywo – opowiadał prokurator Artur Socha z Prokuratury Okręgowej w Legnicy. – Został zaatakowany bez żadnego powodu.

Marcin M. pastwił się nad 65-latkiem. Powalił go na chodnik, kopał i deptał, koncentrując swoją agresję w okolicach głowy nieznajomego. Odchodził na chwilę i wracał co najmniej trzy razy, co zarejestrowały kamery miejskiego monitoringu. Szybko pojawiła się krew. Doszło do uszkodzenia tkanek kostnych i zaatakowany mężczyzna stracił przytomność. Marcin M. nie zostawił go wtedy w spokoju. Kilkadziesiąt ciosów zadanych ciężkim zimowym obuwiem praktycznie zmieniło w miazgę twarz starszego pana. Ciosy zniszczyły kości oczodołów, kości jarzmowe, kości szczęk i żuchwy. Ofiara Marcina M. zmarła w wyniku zachłyśnięcia się krwią. Ze względu na potworne obrażenia niemożliwe było zastosowanie sztucznego oddychania, więc policjanci, którzy pierwsi udzielali mężczyźnie pomocy, mogli tylko uciskać mu klatkę piersiową, w nadziei, że to coś da. Krtań 65-latka została tak zmasakrowana, że ratownicy z pogotowia nie byli w stanie zrobić intubacji, by dostarczyć płucom tlen.

- Od ataku Marcina M. do stwierdzenia zgonu przez lekarza pogotowia upłynęło nieco ponad pół godziny – mówił prokurator.

Policjanci zobaczyli Marcina M., kiedy kopał swą ofiarę. Przez murek zasłaniający im widok, początkowo, nim wysiedli z radiowozu, myśleli, że pastwi się nad futryną. Dopiero potem, po kilkunastu krokach, zorientowali się, że na chodniku w kałuży krwi leży nieprzytomny człowiek. Na widok funkcjonariuszy zabójca nie przestał go kopać ani deptać. Chwilę później się zreflektował, stanął obok, dał się skuć. Miał przy sobie niewielką ilość metamfetaminy. Tak małą, że praktycznie w całości została zużyta do badań w policyjnym laboratorium.

O godz. 5.04 policjanci wezwali karetkę. Przyjechała szybko – już o 5.11 była na miejscu. Do tego czasu funkcjonariusze prowadzili resuscytację, a w zasadzie sam masaż serca. Ratownicy przejęli od nich ofiarę, ale nic nie mogli dla sześćdziesięciolatka zrobić. O godzinie 5.30 lekarz stwierdził zgon.

Kiedy mniej więcej sześć godzin później przebadano Marcina M. alkotestem, wynik pokazał 0,0.

Na miejscu zbrodni, obok potwornie zakatowanego człowieka, znaleziono koraliki należące do oskarżonego. Coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak różaniec z krzyżykiem, tyle że zamiast pięć razy po dziesięć paciorków, ten miał sześć razy po sześć. W internecie sprzedają takie jako “różaniec Szatana”. W śledztwie okazało się, że Marcin M. słyszał głosy, gadał z duchami i parał się satanizmem. Dużo czytał na ten temat. Przygotowywał się do nagrania płyty i przez internet zawarł pakt z Szatanem, wierząc, że książę ciemności pomoże mu odnieść sukces artystyczny. Podczas procesu Marcin M. doszukiwał się w pokrzywdzonym demona, od którego chciał się uwolnić. Zaraz po zatrzymaniu, mówił policjantom, że nie spodobała mu się twarz nieznajomego. Że skojarzyła mu się z twarzą byłej partnerki. Potem jednak w sądzie odwołał te słowa.

Leszek N., jego ofiara, był spokojnym, niekonfliktowym człowiekiem. Mieszkał samotnie. Od urodzenia cierpiał na upośledzenie umysłowe. Dobrze sobie radził w codziennych sprawach, ale stronił od innych osób. Bał się, że obcy mogą zrobić mu krzywdę i raczej nie wychodził z mieszkania. Za wyjątkiem tych poranków, kiedy miasto dopiero zaczynało się budzić i na ulicach było niewielu ludzi. Czuł się wtedy bezpieczniej. Jego dni miały przez to stały rytm. Budził się około czwartej nad ranem i wychodził na krótki spacer. Kończył go zakupami w piekarni. Tę, którą lubił najbardziej, zamknięto, dlatego 18 listopada pojawił się na ul. Chojnowskiej, gdzie jego ścieżki przecięły się ze ścieżkami Marcina M. Była sobota. Miał ochotę zjeść świeże pieczywo na śniadanie.

- Ta zbrodnia wstrząsnęła całym krajem. Wstrząsająca była nie tylko jej brutalność, ale też świadomość, że ofiarą Marcina M. mógł być każdy przechodzień, którego wygląd by mu się nie spodobał – mówiła mecenas Katarzyna Czuba, pełnomocniczka oskarżycielki posiłkowej, siostry zabitego.

Oskarżenie domaga się dla Marcina M. dożywocia. Nie tyle, by odpłacić mu za zbrodnię, ale aby chronić ludzi, którzy na wolności mogliby stać się jego następnymi ofiarami.

Marcin M. od 14. roku życia zażywa narkotyki. Jest od nich uzależniony. Kilkakrotnie przechodził leczenie w Monarze i zdarzały mu się kilkuletnie przerwy w ćpaniu ale ostatecznie zawsze wracał do nałogu. Zdaniem biegłych psychiatrów, którzy po 4-tygodniowej obserwacji oskarżonego przedstawili sądowi swoją opinię, istnieje ryzyko, że bez przejścia terapii odwykowej znowu popełni podobną zbrodnię. Dlatego mecenas Błażej Gazda, obrońca Marcina M. wniósł, by umieścić jego klienta w ośrodku leczniczym. Karę dożywocia, której domaga się prokurator oraz oskarżyciel posiłkowy, mecenas Gazda uważa za nadmiernie surową. W jego opinii wystarczającą restrykcją będzie 15 lat pozbawienia wolności.

- Proszę Wysoki Sąd, by dał oskarżonemu szansę – mówił podczas końcowej rozprawy i, ze ściśniętym gardłem, przedstawiał argumenty na korzyść mordercy.

Marcin M. jest niekarany. Ma partnerkę, z którą żyje w nieformalnym związku, i dwoje małych dzieci. Przez cały proces jego bliscy byli obecni na sali sądowej, co świadczy o dobrych relacjach oskarżonego z rodziną. Pracował i starał się dbać o dom, choć zdarzały się w nim awantury. Aż do owego feralnego listopada 2017 roku konkubina Marcina M. nie zdawała sobie sprawy, że jej partner zażywa narkotyki. Ukrywał się z tym przed nią.

Miał marzenia. Rapował. Nagrywał hip-hop. Wydał płytę. Brał udział w bitwach freestylowych. Zamieszczał teledyski w internecie. To była jego pasja. W roku 2011 śpiewał: “Prawdziwy rap czy fałszywe pseudo wiersze/ Ty wybierz sam, ja wybrałem to pierwsze”. W roku 2012 deklarował się jako patriota:  “System chce zrobić z nas swoich niewolników/ Metroseksualne społeczeństwo kosmopolitów/ Niemyślącą bandę klonów odbitych jak od kalki/ Prawdziwi Polacy, my nie poddamy się bez walki”. W tym samym czasie w koszulce z orłem na piersi wystąpił w freestylowym pojedynku w legnickiej Spiżarni. Z mikrofonem w dłoni wzywał wówczas do legalizacji marihuany. I improwizował o tym, co uważał za sens swego życia: “Właśnie tak, to jest moja siła/ hip-hop płynie obok krwi w moich żyłach/ Właśnie tak, i wiesz, teraz proszę cię/ Obok hip-hopu w moich żyłach płynie też THC”. (THC to tetrahydrokannabinol. psychoaktywna substancja zawarta w konopiach indyjskich).  W 2013 roku rymami wyzywał byłego kumpla: “Jesteś pusty jak żydowska lodówka w trakcie postu/ Rzuć się z mostu/ Co ty, frajerze, gadasz o dołku/ Ty tam byłeś i sprzedałeś jednego ze swoich ziomków/ Ja nie byłem, no i co, nie chcę tam trafiać/ Z tym że ja miałem szczęście a ty kisiel w gaciach”. Takie walki na słowa to część hip-hopowej kultury, w której ceni się tego, kto potrafi mocniej przywalić. Marcin M. miał lekkość dobierania odpowiednich słów.

W sądzie zeznawali jego przyjaciele. Jeden mówił, że Marcin M. był zawsze uśmiechnięty, radosny. Skąd więc w jego 28-letnim życiorysie próby samobójcze? Także po zatrzymaniu Marcin próbował ze sobą skończyć.

- W warunkach izolacji zachowuje się wzorowo – mówił o swym kliencie Błażej Gazda. – Pracuje w areszcie śledczym, nie grypsuje, nie stwarza żadnych kłopotów.

- Przepraszam wszystkich. Także moją rodzinę. Dziękuję, że się ode mnie nie odwróciliście. Nie chciałem tego zrobić. Żałuję,

To brzmiały dziś w sądzie ostatnie przed wyrokiem słowa Marcina M.

Wyrok za tydzień.

FOT. PIOTR KANIKOWSKI

 

 

    Drukuj       Email
  • Publikowany: 157 dni temu dnia 14/03/2019
  • Przez:
  • Ostatnio modyfikowany: Marzec 20, 2019 @ 2:58 pm
  • W dziale: wiadomości

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.


* Wymagany

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

You might also like...

moje-trzy-grosze-300x22412

Moje trzy grosze. Cuda i dziwy

Read More →